Kontakt

sferenz@wp.pl

naszekresy@gazeta.pl

Number of online users in last 3 minutes Number of online users in last 3 minutes

statystyka
niedziela, 25 stycznia 2009

    Pragniemy poinformować wszystkich Czytelników i Sympatyków naszego bloga, że kolejne wpisy będą się pojawiały pod naszym nowym adresem:

http://naszekresy.blogspot.com.

    Zapraszamy do odwiedzin.

czwartek, 22 stycznia 2009

Ilu z Was pamięta początek Inwokacji z "Pana Tadeusza"? Zapewne wielu. Zapewne musieliście w szkole wykuć ten fragment na pamięć, a potem powiedzieć go przy całej klasie, żeby zyskać odpowiednią ocenę. Zapewne mieliście wtedy około 14 lat. I zapewne była Wam kompletnie obojętna jakaś tam Litwa, do której wzdychał jakiś tam Mickiewicz. Możemy z dużą dozą prawdopodobieństwa powiedzieć, że czytelnikom tego bloga nie kazano pod karą śmierci opuszczać swojego miejsca zamieszkania, nie wywożono ich w nieznanym kierunku z wilczym biletem, a okrutne czasy wojenne znają jedynie z opowiadań swoich babć lub dziadków (albo i nie znają wcale). Jakim więc sposobem mogliby odczuć ból, który kryje się za każdym słowem epopei?

Litwo, ojczyzno moja, ty jesteś jak zdrowie,
Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie
Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie.

Edward Chałupa poetą nie był i z pewnością daleko mu było do kunsztu Mickiewicza, ale i on w swoim pamiętniku wspominał ziemie, które raz na zawsze zmuszony był opuścić. Zrobił to, jak umiał, a przez każde słowo przezierało głębokie uczucie:

Najmilsze mi to miejsce, gdziem się urodził, jest to pierwsze rzucenie uroku na człowieka przez przyrodę i to, co go otacza, mimo woli przyjmuje się istocie dziecięcej to, co słyszy uchem i widzi okiem, nie zapomni się nigdy, aż do zgonu, plusk wody w rzeczułce, szum wodospadu na grobli młyńskiej, mruczenie strumyczka wśród wikliny leśnej, niezapomniane są nigdy śpiewy ptactwa w odstępach leśnych i zaroślach, skrzek derkacza na łąkach, niby kosiarza, śpiew słowika osiadłego na jaśminie w ogródku, przy otwartym oknie w nocy, ślącego swój hejnał w przestworza niebieskie, gruchanie gołębi w gołębniku, gnieżdżenie się wron, kruków i kawek na wysokich drzewach, grzechot wszelkiego rodzaju żabek, kapele świerszczy polnych i domowych oraz śliczne trele turkocia zwanego też niedźwiadkiem, ciągnące się klucze żurawi z północy na południe i dzikich gęsi ze wschodu na zachód na legowiska zimowe, inny jest wschód i zachód słońca, inaczej w dzień dogrzewa, i księżyc zdaje się jakoby jaśniej oświecał noce, nawet kamienie, choć martwe, to użyteczne, wdrążone w ziemię dla przejścia suchą nogą, pozostały w pamięci dziecięcej i takie jest, i pozostanie w pamięci każdego człowieka miejsce urodzenia.Jak już w rodowodzie wspomniałem, urodziłem się 19 marca 1896 r. w Nowosielicy, pow. Śniatyń [...].

Edward Chałupa nigdy nie powrócił w rodzinne strony. Nigdy nie odwiedził miejsca, gdzie w 1944 roku zamordowano jego żonę, dzieci i krewnych. Gdyby mógł, z pewnością by to zrobił, bo bardzo tego chciał. My postanowiliśmy to zrobić za niego i w jego imieniu, dlatego w 2008 roku pojechaliśmy do Nowosielicy w poszukiwaniu korzeni naszej rodziny.

Jechaliśmy nie wiedząc, czy w ogóle będzie czego szukać, czy zostały jakiekolwiek ślady po tym, że stamtąd się wywodzimy, czy żyje ktokolwiek, kto mógłby nam udzielić informacji. Po przybyciu na miejsce okazało się, że niektóre rzeczy nie zmieniły się przez te kilkadziesiąt lat i stanowią pomost łączący nas z tymi, którzy odeszli. Na przykład wierzby zasadzone przez Edwarda Chałupę niedaleko jego domu. Gdybyż drzewa potrafiły mówić...

wierzby
[Zdjęcie udostępnione przez Jadwigę i Stanisława Ferenzów]

Na zdjęciu poniżej widzimy konia. Ech, zwykły koń, ktoś powie, i co z tego? Koń pewnie i zwykły, wydarzenie opisane w pamiętniku Edwarda Chałupy, a dotyczące konia właśnie, też być może zwykłe, ale widok zwierzęcia pasącego się na łące przywołał w nas wspomnienie tego fragmentu pamiętnika. Marcelowi Proustowi podróż mentalną do dawnych wydarzeń umożliwił zwykły herbatnik, dlaczego więc w naszym przypadku nie mógłby to być koń?

kon
[Zdjęcie udostępnione przez Jadwigę i Stanisława Ferenzów]

Wspomnienie dotyczące konia? Proszę bardzo. Niestety, nie możemy przytoczyć go w całości, gdyż ta część pamiętnika nie ocalała. Czytelnik jednak z pewnością i tak świetnie się zorientuje:

[...] i stanął nieruchomo, gdy my, pastuszkowie, przybiegli ku koniom, okazało się, że przybyły koń miał doszczętnie złamaną nogę poniżej piersi, a powyżej kolana, ten mój koń miał pomysły, gdy drogą jechała furmanka, on potrafił biec z daleka na drogę, obrócił się tyłem i czekał, ażeby mógł atakować kopytami, był bardzo niebezpieczny, mógł skoczyć na człowieka, ale że znałem jego usposobienie, toteż dobrze nam się żyło ze sobą. W 1914 roku poszedł do taboru wojennego, charakterystyczny był fakt, gdy w pewnej miejscowości stał tabor, tam też był ten koń, zwany Maćkiem, między tym taborem jako żołnierz przechodził mój brat i tak mimo woli zatrzymał się przy koniu obrócony plecami koło głowy, koń pogrzebywał nogami, skubał za płaszcz, brat się oglądnął i poznał swego Maćka, brat poszedł, kupił dwa komiśniaki, wykarmił konia z rąk i pożegnał na zawsze. Koń poznał i zapewne myślał, że trafił na gospodarza, który go z tej ciężkiej wędrówki zaprowadzi do domu.

Istnieje też do dzisiaj sad Edwarda Chałupy. Zobaczyliśmy go wiosną. Kto wie, może właśnie to jest miejsce jego zabaw dziecinnych, o których również wspomina?

Następnie, jak zwykle dzieci w swym środowisku czują się dobrze, to też zbieraliśmy się i urządzaliśmy coś w rodzaju gospodarstwa domowego, najlepiej tej zabawie sprzyjała wiosna, ponieważ w mych latach dziecinnych, sól była w głowach, cukier tak samo i wiele innych rzeczy do gotowania, były w ładnych opakowaniach, a my, dzieci, naśladując te opakowania i te przedmioty, wyrabialiśmy z gliny pośniegowej, wiosennej, ale, że ta zabawa nie za wiele imponowała w szczególności chłopakom, urządzaliśmy sobie sport - kto wyżej potrafi skoczyć[...]

sad
[Sad Edwarda Chałupy. Zdjęcie udostępnione przez Jadwigę i Stanisława Ferenzów.]

Ale wszystko to mało, wobec faktu, że odnaleźliśmy dom! Dom rodzinny Edwarda Chałupy! Ocalał z zawirowań wojennych. Oczywiście dzisiaj kto inny jest już jego właścicielem, ale odnalezienie domu albo choć śladu po nim odczytywaliśmy jako nasz obowiązek wobec tych, którzy odeszli. I jesteśmy szczęśliwi, że udało nam się go dopełnić.

dom
[Dom Edwarda Chałupy. Zdjęcie udostępnione przez J. i S. Ferenzów.]

środa, 21 stycznia 2009

Kolejny z braci - Józef Chałupa. Na zdjęciu jako żołnierz armii austriackiej. Wywieziony na Sybir, nie przeżył.

[Józef Chałupa w mundurze austriackim. Zdjęcie udostępnione przez Jadwigę i Stanisława Ferenzów]

Sylwetkę oraz tragiczne losy swojego brata przybliża Edward Chałupa w pamiętniku:

W kolejności, drugi syn Ferdynanda i Zuzanny ze Starków, Józef Chałupa, urodzony 18 lutego 1886 r. w Nowosielicy, pow. Śniatyń, w wieku podlotka poszedł do kopalni na wozaka, następnie na górnika w Dżurowie, powiat Śniatyń, następnie powołany do wojska austriackiego i wcielony do 36 pułku obrony krajowej w Czechosłowacji, po odbyciu dwuletniej służby w wojsku powrócił do domu i z powrotem do górnictwa, wkrótce ożenił się, biorąc za żonę Michalinę z domu Lang Wacław, w 1914 r. zmobilizowany na wojnę światową, wkrótce raniony i po zakończeniu wojny powrócił do domu i osiadł na parcelacji w wolnej Polsce, ciężko pracując na kawałek chleba, w czasie inwazji na Polskę przez Związek Radziecki, na rozkaz Stalina i jego mocodawców, został wywieziony na Sybir, gdzie wskutek najgorszych warunków bytowych i głodu zmarł, bezdzietny. W ten sposób dokonał żywota na nieludzkiej ziemi i do wolnej Polski nie powrócił.
niedziela, 18 stycznia 2009

Wojna dobiega końca. Austro-Węgry rozpadają się, narody bałkańskie odzyskują wolność. Niemcy zostają zmuszone do uznania niepodległości okupowanych państw - m.in Polski. Rosja traci Finlandię i republiki bałtyckie, w kraju do głosu dochodzi narodowy socjalizm, władzę przejmują bolszewicy. Dotychczasowy porządek geopolityczny Europy zostaje totalnie zburzony.

Polska po 123 latach niewoli zaczyna odbudowywać swoje struktury państowe i wojskowe. W wyniku usilnych starań dyplomacji polskiej (poczynanych już od 1916 r.) rząd francuski przychyla się do organizowania polskich oddziałów zbrojnych. W końcu, we wrześniu 1918 r., na terytorium Francji powstaje Armia Polska. Kolor francuskiego munduru nadaje jej przydomek - "Błękitna Armia". Na czele armii 4 października 1918 r. staje gen. Józef Haller.

[Generał Haller podczas przeglądu szeregów Błękitnej Armii. Zdjęcie pochodzi stąd

Oddziały polskie formowane były z ochotników. Byli wśród nich Polacy zamieszkujący Francję, inne kraje Europy Zachodniej (a nawet Amerykę), ale lwią częśc stanowili jeńcy wojenni polskiej narodowości z zaboru austriackiego, przebywający w obozach jenieckich na terenie Włoch. Z najbardziej licznego obozu (22 tys. jeńców), położonego w północnych Włoszech w La Mandria di Chivasso k. Turynu, udało się zorganizować aż 4/5 całego kontygentu przemieszczonego po wstępnym przeszkoleniu do Francji.

Wśród żołnierzy ochotników był również Edward Chałupa:

Drugiego dnia ok. północy pociąg zatrzymał się na torze otwartym, naprzeciw niewielkiej drogi, wzdłuż której płynął duży strumień wody do nawadniania pól ryżowych, nam kazano wysiąść. W pierwszej chwili gaszono pragnienie, na pierwszy rzut oka wygląda ta miejscowość, że przed nami jest jakie wielkie miasto, ale nie było to miasto tylko lotnisko, a na nim zbudowane 30 hangarów, a my po ugaszeniu pragnienia, sformowaliśmy grupowo czwórki, ruszyliśmy w pochód, pod hangarami dowiedzieliśmy się, że jest to obóz La mandria Di chivaso i tu się formuje polska armia pod dowództwem gen. Józefa Hallera, Włosi od nas odeszli, jak by ich wcale nie było, a nas zaprowadziła służba żandarmerii do końcowego hangaru, oblodzonego, i też odeszła, jak nie ten świat zostaliśmy sami. Nad ranem, jeszcze za pociemku, zjawiło się trzech polskich oficerów, tak weszli jak aniołowie pośród diabłów, nasz wygląd był opłakany, jeden z oficerów powiedział, ażeby grupenkomendanci wzięli żołnierzy z namiotami i z kocami i poszli za nim, z powrotem przynieśli dla każdego bochenek chleba, po chwili, gdy już żołnierze oraczyli się chlebem przystąpiono do segregacji, mówiono wystąpić każdej narodowości osobno, z Polakami poszli Żydzi polscy i dużo Rusinów, po segregacji powiedziano nam, że jest to obóz, gdzie tworzy się armia polska, kto chce, może wstąpić do wojska polskiego, ale nie było takiego Polaka, który by się odmówił, po utworzeniu drużyn, plutonów, kompanii urządzono nam kąpiel, wydano po trzy pary bielizny ciepłej, po trzy koce amerykańskie, umundorowanie włoskie, obuwie, sienniki ze słomą, słowem wszystko, co przysługuje żołnierzowi, i przekwaterowano nas do innego hangaru. Przy tem odbywały się ćwiczenia, przeglądy, defilady oddziałów i jednostek organizowanych na terenie Włoch. W lutym 1919 r. wojsko organizowane we Włoszech wyjechało do Francji, ja również i byłem zakwaterowany we wiosce Relanż, w okolicy miasteczka Dame, w międzyczasie wypłacono nam pensję raz po sto franków, drugi raz po 50 franków francuskich, równocześnie przemundurowano nas w mundury hallerczyków i wyekwipowano w broń, z tą chwilą zaczęły się pełne ćwiczenia wojskowe z bronią, strzelanie i ćwiczenia polowe.

[La Mandria di Chivasso, polski obóz wojskowy. Uroczystość wręczenia sztandaru w imieniu miasta Turyn pułkowi im. A Mickiewicza, marzec 1919 r. Zdjęcie pochodzi stąd

Równolegle, już pod koniec roku 1918, Naczelnik Państwa Polskiego Józef Piłsudski rozpoczął starania o przyjazd "Błękitnej Armii" do kraju. Jednak dopiero w kwietniu 1919 roku władze francuskie zgodziły się na wysłanie oddziałów do Polski.

Po kilku tygodniach, dnia 7 maja 1919 r. moja jednostka została zawagonowana i przez Niemcy kierunek Polska, ta upragniona [...], kiedy dojeżdżaliśmy do granic Polski nakazano nam pozamykać drzwi od wagonów, a pootwierać na stronie polskiej, robiono to dlatego, ażeby nie prowokować Niemców, ponieważ istniała linia rzekomego frontu. Po stronie polskiej bardzo serdecznie nas witano kwiatami. W kolejności 12 maja 1919 r. stanęliśmy w Warszawie. Z Warszawy wysłani do portów Modlina w Zakroczyniu, w zastępstwie kwater, również i tutaj przesuwano nas, a tymczasem zbliżał się czas do wyjazdu na wschodni front.

Edward Chałupa był najprawdopodobniej członkiem 50 Pułku Piechoty Strzelców Kresowych, wchodzącego na terenie Francji wskład 3 Dywizji Strzelców Polskich, III Korpusu "Błękitnej Armii". Oto jak wspomina spotkanie z samym Wodzem Naczelnym:

A teraz powróćmy jeszcze do tego marszu polskich żołnierzy. W pewnej miejscowości zatrzymano nas i stanęliśmy w kolumnach do przeglądu, wtem nadjechał generał Haller ze sztabem, ja stałem w pierwszym szeregu, obok mnie porucznik Piskozub, Haller się z nim przywitał i zapytał skąd jest, padła odpowiedź - z Kołomyji, a Haller odpowiedział: jeszcze będziemy się bić o tą Kołomyję i poszedł między szeregi żołnierskie.

W 1919 r. "Błękitna Armia" została organizacyjnie wcielona do Wojska Polskiego, Edward Chałupa został przydzielony do 13 Kresowej Dywizji Piechoty, biorącej w 1919/1920 r. aktywny udział w wojnie polsko-bolszewickiej.

Należałem do 13 dywizji piechoty jako grupy operacyjnej, stale nas przerzucano na inne miejsca, dowódcą był gen Stanisław Haller, w końcu w czasie odwrotu w 1920 r. znaleźliśmy się pod Pohrebyszczami, tam też zostaliśmy otoczeni, dzięki postawie żołnierskiej wyszliśmy z pierścienia. W tym miejscu jeszcze wrócę przed Pohrebyszcze, maj i czerwiec 1920 r., byłem na kursie podoficerskim, przy dywizji w polu, następnie po żniwach 1920 r. byliśmy otoczeni drugi raz pod Lwowem i wyszliśmy cało, w następstwie przerzucono nas pod Zamość, tam zadaliśmy duże straty Budionnemu i dalej pod Hrubieszowem, pod Warszawą wielka klęska nieprzyjaciela i z powrotem pościg za nieprzyjacielem, aż po Noworgad wołyński, zostałem ściągnięty do obozu ćwiczebnego jako plutonowy po kursie podoficerskim na instruktora w Równym. Po pewnym czasie przeniesiony wraz z całym pułkiem do Dubna, wojna została zakończona i po pewnym czasie jako starszy rocznik zostałem zdemobilizowany.

Dwie postaci na koniach, obydwie w mundurach armii austriackiej i z szablami. Zdjęcie zrobiono w czasie I wojny światowej. Żołnierz na białym koniu to Ferdynand Chałupa, najstarszy brat Edwarda urodzony 29 września 1884 roku. Z zawodu Ferdynand był cieślą i, jak wspomina Edward w swoim pamiętniku, trudnił się również budową domów. Synem Ferdynanda był Henryk, o którym notkę już zamieściliśmy tutaj. Ferdynand nie uniknął tragicznego losu większości członków rodziny Chałupów. W nocy z 1 na 2 listopada 1944 roku został zamordowany przez banderowców UPA.

[Zdjęcie ze zbiorów Jadwigi i Stanisława Ferenzów]

O swoim najstarszym bracie Edward Chałupa pisze w pamiętniku:

I tak w kolejności, najstarszy syn, Ferdynand Chałupa, urodzony w Nowosielicy 29 września 1884 r., po śmierci ojca zaczął pracować w kopalni, dorósłszy do lat poborowych został powołany i pobrany do wojska austriackiego, wcielony do pionierów w Przemyślu, po wysłużeniu 3 lat wrócił do domu i postanowił ożenić się z Anną Ginalską, tem samym założyć własną rodzinę, wstępując do pracy w górnictwie w Dżurowie, bądź też w Rożnowie, pow. Śniatyń, do roku 1914 zmobilizowany na wojnę światową, po powrocie z wojny w wolnej Polsce został mianowany komisarzem rządowym (wójtem) w Nowosielicy, pow. Śniatyń, po złożeniu mandatu komisarskiego, jako dobry cieśla, trudnił się budową domów oraz budynków gospodarczych, w czasie wojny 1939 - 1945 pracował na swym małym gospodarstwie z pszczelarstwem, mając czworo dzieci: Izydora, Henryka, Marię i zamężną córkę, został zamordowany wraz z cała rodziną przez drapieżnych rezunów ukraińskich, za wyjątkiem syna Izydora, który padł na froncie w armii ZSRR oraz syna Henryka, który znajduje się obecnie w Polsce, tak zakończył się pokrótce życiorys najstarszego syna Ferdynanda.
sobota, 17 stycznia 2009

Październik, rok 1918. Wojska włoskie rozpoczynają na froncie wschodnim ostatnią ofensywę I wojny światowej. Przeciwstawia im się wyczerpana, pozbawiona morale i zdziesiątkowana armia austriacka. Już po kilku dniach walki traci zdolność bojową i ugina się pod naporem włoskim. Żołnierze są masowo brani do niewoli (ok. 300 tys. żołnierzy austriackich trafiło do niewoli!), niektórzy dezerterują. Ostatecznie 2 listopada 1918 r. w Tagliamento zostaje podpisany rozejm, który m. in. przyczynia się w niedługim czasie do rozpadu Austro-Węgier i końca I wojny światowej.

[Przeładunek na Tagliamento, 1917 r. Zdjęcie pochodzi stąd.]

Jak te wydarzenia wspomina Edward Chałupa? Prześledźmy po kolei.

Był już rok 1918, lipiec, otrzymałem od siostry, że dziewczyna, którą tak ceniłem jest w ciąży ze synem kierownika kopalni i na mnie ta wiadomość nie sprawiła żadnego wrażenia, raczej doznałem pewnego ukojenia, jestem zwolennikiem wolności. Po trzech latach wojennej tułaczki otrzymałem urlop do domu, jak wiadomo, trzy lata to nie jeden dzień, dużo się zmieniło, odwiedzałem krewnych, znajomych, dziewczynę,[...]

Warto zauważyć, że u schyłku wojny wysyłani na front siłą i zmuszani do podejmowania kolejnych ataków żolnierze tracili ducha walki. Szerzyły bunty i przejawy nieposłuszeństwa.

Po powrocie z urlopu do jednostki krążyły wieści, że znów pojedziemy na włoski front, to nam się nie bardzo uśmiechało, toteż pułk się zbuntował, mój transport w wagonach stał na stacji kolejowej, w Nowosielicy, za Czemiowcami, tam też stoczyliśmy prawdziwą walkę z 29 słowackim p. p., pod przeważającymi siłami zostaliśmy rozbrojeni i wywiezieni pod włoski front, w międzyczasie odbywał się sąd polowy nad żołnierzami pułku, podobno było kilku straconych [...].

W armii panował chaos. Żołnierzy skazywanych przez sądy polowe na rozstrzelanie nastepnego dnia zaprzysiężano i wysyłano z powrotem na front. Klęska armii austriackiej stawała się coraz bardziej oczywista:

[...] wtem pewnego dnia Włosi rozpoczęli wielką i ostatnią ofensywę, dochodzenia zostały przerwane, nas ponownie zaprzysiężono, uzbrojono i na front, gdy szliśmy do frontu, Czesi z frontu, wołając spadki hoszi po wojnie, niestety szliśmy dalej do frontu, dopiero po trzech dniach rozpoczęliśmy odwrót, w czasie odwrotu przed rzeką Tagliamento pułk został zbobardowany i z pokładów zdziesiątkowany, pozostałości pułku przeszły most na rzece Tagliamento, most za sobą zapalono, wtem za nami nadjechała włoska kawaleria, rzuciła się do rzeki wpław, z naszej strony poczęto strzelać, wtem poczęto wołać, aby zaprzestać ognia, zawieszenie broni, gdy kawaleria przeszła przez rzekę, zmieszała się z wojskami austriackimi, myślałem, że nastąpi nieporozumienie między żołnierzami, ale gdzie tam, pokręcili się jakby między przyjaciółmi, konie powierzgały ogonami i dalej w pościg, najdziwniejsze jest to, że przecież wyższe dowództwa wiedziały, że jest kapitulacja, wojska włoskie były już na tyłach wojsk austriackich, dlaczego w ostatniej chwili mordować ludzi Bogu ducha winnych, jak to u dygnitarzy życie maluczkich nic nie znaczyło i nie znaczy. Po trzech dniach rozbrojono nas z oświadczeniem, że wszyscy będziemy wysłani do swych miejscowości rodzinnych, jednak po rozbrojeniu nas sformowano czwórki i rozkaz: a via la Roma, oficerów zostawiono przy szablach. Tabor pułkowy szedł z nami, żywiliśmy się następująco, to, co na wozie, do kotłow, konie od wozów bite i też do kotłów i tak doszliśmy do obozów jenieckich.

A jak Włosi traktowali jeńców wojennych? Zobaczmy:

Nadmienić należy, że gdy nas prowadzili Anglicy, Szkoci, to nie wolno było zbliżać się do jeńców, ale gdy przejęli nas Włosi, to prostota, doskakiwali do żołnierzy, zrywali odznaczenia, pluli w twarze jak dzicz. W obozie pozostaliśmy bardzo krótko z oficerami, następnie wysłano oficerów do obozu oficerskiego, a żołnierzy do obozu specjalnego, za druty, tak było w wielkim głodzie, listopad do pół grudnia 1918 r. Następnie wyprowadzono nas na wolny tor kolejowy, gdzie na mrozie głodni czekaliśmy dwa dni na swój pociąg, mówiono nam że jedziemy na roboty w góry Szwajcarskie, gdy nadjechał ten upragniony pociąg, wsiedliśmy do niego i ruszyliśmy żółwim pośpiechem, drugiego dnia późnym wieczorem wjechał pociąg na stację jakiegoś większego miasta, w krótkim czasie wyniesiono nam w kotłach gotowany ryż ze słodką kapustą, było to bardzo dobre, ale mało, ja zdążyłem tylko pokosztować, natomiast dali nam po dużej konserwie, jedna na dziesięciu i po bochenku chleba. No cóż, jeść nie było można z powodu wielkiego pragnienia. Drugiego dnia ok. północy pociąg zatrzymał się na torze otwartym, naprzeciw niewielkiej drogi, wzdłuż której płynął duży strumień wody do nawadniania pól ryżowych, nam kazano wysiąść. W pierwszej chwili gaszono pragnienie, na pierwszy rzut oka wygląda ta miejscowość, że przed nami jest jakie wielkie miasto, ale nie było to miasto tylko lotnisko, a na nim zbudowane 30 hangarów, a my po ugaszeniu pragnienia, sformowaliśmy grupowo czwórki, ruszyliśmy w pochód, pod hangarami dowiedzieliśmy się, że jest to obóz La Mandria di Chivasso i tu się formuje polska armia pod dowództwem gen. Józefa Hallera.

O tym, jak Edward Chałupa tworzył zalążki armii polskiej we Włoszech napiszemy w nastepnym odcinku.

piątek, 16 stycznia 2009

Wiele informacji na temat I wojny światowej dostarcza nam pamiętnik Edwarda Chałupy. I nie są to fakty spisywane przez pobocznego obserwatora, znajdującego się w bezpiecznym, oddalonym setki kilometrów od terenu działań wojennych miejscu. Są to wspomnienia człowieka znajdującego się przez prawie cały ten krwawy okres na pierwszej linii frontu.

Edward służył w armii austriacko-węgierskiej. Został powołany do wojska w roku 1915, miał wtedy 19 lat:

Wstępując w ciężki okres wojny, przedwcześnie, 18 lipca 1915 r. pożegnałem rodzinę, krewnych, znajomych, no i dziewczynę, która mi się podobała, też wiedziałem, że ja jej się podobam, reszta pozostała niewiadomemu jutru, do poboru stanąłem w Rożnowie [...].

[Edward Chałupa (pośrodku) zaraz po wcieleniu do armii austriackiej. Zdjęcie ze zbiorów Jadwigi i Stanisława Ferenzów]

Walczył głównie na wschodnich frontach I wojny światowej. Do wiosny 1916 r. brał udział w ofensywie wojsk austriacko-węgierskich w rejonie Karpat Wschodnich, gdzie rozegrywały się bardzo krwawe walki z wojskami rosyjskimi:

W bojach na Przełęczy Węgierskiej padło dużo żołnierzy po obu stronach walczących, toteż gdzie któren żołnierz padł na miejscu został pogrzebany, dlatego za świeżej pamięci władze postanowiły ekshumować rozsianych po górach do wspólnych mogił żołnierskich, toteż w tym celu wykopany ogromne szańce przy głównym trakcie, między Tatarowem a Woronienką, w szańcach układano trumnę przy trumnie, skrapiano, a raczej polewano mocno karbolem i zasypywano, taki był wielki rygor, że nawet trzech żołnierzy ekshumowano z cmentarza i na tych osobiście patrzyłem. Działo się to w zimie 1915 - 1916 r., ciała były w ziemi około piętnastu miesięcy, chowane tak jak padł, w płaszczu, obuwiu - wszystko sczerniałe, trzymające się jeszcze w kupie , łatwo dające się wciągnąć na dolną część trumny, następnie mocno odkażano ciała i przykryto górnymi wiekami, po zasypaniu dołów odkażano ziemię. I tak po głodzie, chłodzie i nędzy kończy się żołnierski trud [...].

Na początu roku 1917 Edward Chałupa został skierowany na front włoski, w okolice miasta Gorycja.

Po kolei, znów nas przewieziono z Tyrola jako marsz batalion 36 p. p. na front pod Gorycją, zatrzymano nas w taborze 8 km od frontu, we wsi Prwaczine.

Od 1915 r do końca 1917 r, w dolinie rzeki Isonzo, toczyły się działania wojenne Włochów przeciwko Austriakom. Gorycja była dla Włochów punktem strategicznym, gdyż zdobycie jej dawało możliwość wyprowadzenia ataku dalej, na Triest (od północy granicę włoską tworzyło pasmo Alp uniemożliwiające wszelkie działania wojenne). Tu Edward, jako członek batalionu szturmowego, wykazał się wielką sprawnością bojową oraz niemałą odwagą:

W marcu w 1917 r. były słuchy, że Włosi podkopują się pod linię frontu celem zrobienia wyłomu, przerwania frontu, wówczas dowództwo ściągnęło baterię moździerzy, pluton szturmowy do przyfrontowej rezerwy, wówczas rozpoczęła się ciężka kanonada z moździerzy. Gdy moździerze ucichły, artyleria poczęła bić ogniem zaporowym, a my, pluton szturmowy rozkaz do ataku na włoskie pozycje, wychodząc do ataku, każdy z nas się przeżegnał znakiem krzyża świętego, atak został uwieńczony powodzeniem, ja sam jeden osobiście wziąłem jedenastu Włochów do niewoli. Wśród dramatycznych okoliczności za dzielność i odwagę otrzymałem srebrny medal II klasy, wszyscy żołnierze powrócili z wypadu szczęśliwie, ja, prowadząc jeńców, trafiłem na sprężystego sierżanta w rowach austriackich, stały bowiem duże kompanie na wypadek niepowodzenia plutonu szturmowego, chciał zabrać jeńców, zbierać laury za moją krew, ja mu odpowiedziałem, wskazując na pozycje włoskie, że tam jest dużo, niech sobie idzie wziąć, ale niestety, skąd jeńców prowadziłem, tam się ziemia paliła, widać było tylko ogień i dym.

front włoski

[Edward Chałupa (pośrodku) wraz z brygadą szturmową na froncie włoskim. Zdjęcie ze zbiorów Jadwigi i Stanisława Ferenzów]

W jaki sposób sam Edward Chałupa wziął do niewoli aż 11 Włochów? Pisze o tym szczegółowo w końcowej części swojego pamiętnika. Fragment ten mówi wiele o odwadze, ale i o postawie moralnej młodego Edwarda:

[...]w czasie ataku szedłem prosto na karabin maszynowy i jeszcze z dwoma żołnierzami z plutonu, zaś Włosi byli tak strasznie zdezorientowani pod silnym obstrzałem moździerzy, a działo się to wszystko w krótkiej chwili, ponieważ nasz trzech trafiło na pełny bunkier Włochów, ja objąwszy pierwszeństwo, posłałem jednego z żołnierzy, ażeby zawołał drużynowego kaprala celem wzięcia Włochów do niewoli, a że to trzeba było działać szybko, a ten pierwszy nie wracał, posłałem drugiego, a drugi zrobił to samo, tak zostałem sam i byłem zmuszony działać na własną rękę, oczywiście przy użyciu broni z mojej strony i nie mogłem dokończyć dzieła tak, jak nas uczono pod względem religijnym jak i wojskowym, tak ja wziąłem do niewoli 11 Włochów, ten raniony był 12, ale cóż z tego, nie byłem w stanie dokonać dzieła, tak z punktu religijnego i wojskowego, bo obowiązkiem mym było ranionego zabrać, a po wojskowemu zabrać karabin maszynowy, amunicję i broń ręczną, czego nie mogłem uczynić, bo brakowało mnie bodaj jednego żołnierza, któryby pilnował zabrania rannego i zdobyczy, ja znów, nie mogąc spuścić z oka jeńców z braku zaufania, musiałem pozostawić rannego i zdobycz, a wszystko działo się to z niewdzięczności żołnierskiej, działo się to na froncie włoskim - Isonzo front, pod miastem Gorycja, jeńców zaprowadziłem do kawerny nr 8, to jest loch podziemny, gdzie urzędował dowódca batalionu w randze podpułkownika, który jeńców przyjął, zostałem odznaczony srebrnym medalem II klasy, zaś moje akta zostały wysłane do archiwum, do Wiednia, ja zaś z pułkiem 20 zostaliśmy ściągnięci do tyłu na krótki odpoczynek, gdzie miałem sposobność rozmawiać z cesarzem Karolem na temat odznaczenia[...]

Za pierwsze swoje wojenne zasługi został odznaczony medalem przez samego cesarza Austro-Węgier Karola I.

Ponieważ 20 pułk był przeszło 6 miesięcy bez przerwy na froncie, przez zimę został wycofany do tyłu na zasłużony odpoczynek, w tym czasie cesarz Karol objeżdżał i przeglądał jednostki wojskowe, również i nas, było to pod koniec kwietnia 1917 r., gdy nadszedł dzień przybycia cesarza, bardzo rano pułk wymaszerował na błonie, oczekując dostojnego przybysza, gdy nadjechał, wysiadł ze świtą, orkiestra zagrała hymn cesarski, cesarz stanął, ani się nie ruszył, po odegraniu hymnu, pułkownik raportował, po raporcie sprężystym krokiem przeszedł cesarz przed wszystkiemi oddziałami, po przeglądzie zażądał, ażeby wszyscy odznaczeni medalami złotymi i srebrnymi I i II klasy wystąpili przed swe kompanie, ja też wystąpiłem jako medalista II klasy, cesarz przechodził przed odznaczonymi w formie raportu, z każdym dość długo rozmawiał, na przykład mnie się pytał, gdzie zasłużyłem medal, odpowiedź: pod Gorycją na Isonzo - front, pyta mnie, wiele mam lat, odpowiedź: 21, pytanie, skąd jestem, odpowiedź: z powiatu śniatyńskiego koło Kołomyi, wówczas cesarz się rozgadał i powiedział: ja wiem, wiem, ja w Kołomyi służyłem przy dragonach w stopniu rotmistrza, gdy miał przejść ode mnie do następnego żołnierza, jeszcze raz popatrzał na mnie od głowy do stóp i od stóp do głowy, pokręcił głową, żegnając słowami: oj, spokoju, spokoju!, rozmawiał naprawdę jak ojciec z synem i tych słów do śmierci nie zapomnę, tak mówił do mnie cesarz austriacki, a gdy odjeżdżał na dalsze przeglądy swych żołnierzy, moja myśl mu towarzyszyła: Szczęść Boże.

Cesarz Karol

[Cesarz Karol I odznacza zasłużonych żołnierzy. Zdjęcie pochodzi stąd.]

I jeszcze jeden cytat obrazujący niebezpieczeństwo i krwawy charakter wojny:

Wypoczynek żołnierski dla nas dobiegał końca, ponieważ 11 maja 1917 r. Włosi rozpoczęli wielką ofensywę, a my wymarsz na front, do frontu trzeba było iść marszem kombinowanym, ponieważ wszystkie możliwe przejścia były zasypane huraganowym ogniem zaporowym, w końcu, już pod linią bojową, pozostała do przejścia jeszcze jedna kotlina, najniebezpieczniejsza, my weszliśmy przed kotliną w głęboki rów, oczekując chwili do przejścia, w mojej kompanii padł rozkaz: w tył zwrot!, w ten sposób ja zostałem ostatni na tyle, odczekałem chwilę, aż żołnierze znajdą się po drugiej stronie kotliny, odczekałem moment eksplodujących pocisków na kotlinie, po eksplozji rzuciłem się i jak błyskawica przebiegłem przez miejsce zaporowe, na kotlinie widziałem kilku żołnierzy zabitych, z drugiej strony kotliny spotkałem sanitariusza kompanijnego pytając, gdzie poszła kompania, odpowiedział, że do ósmego schronu, ja nie czekając wyprzedziłem go, wtem przyszedł pocisk moździerzowy, ciężko raniąc sanitariusza, gdzie po chwili zmarł, ja od tego pocisku zostałem raniony, dostałem się do schronu, ale wycofać się do tyłu było rzeczą niemożliwą na skutek ognia zaporowego, trzeba było czekać sposobności, moją dobrą stroną, która mnie ratowała, było to, że Włosi weszli w okopy austriackie i nie orientowali się, gdzie mogą znajdować się oddziały i wstrzymali ogień artyleryjski, ja ten moment wykorzystałem i - raniony - uciekłem z tego piekła, [...] ja wnet ruszyłem do miejscowości Czernice, obecnie Jugosławia, gdzie znajdował się szpital polowy, bardzo spieszyłem się, aby przejść jak najprędzej linię ognia zaporowego i rzeczywiście, ledwie uszedłem, rozpoczęła się Włoska kanonada, ja zgłosiłem się w szpitalu polowym z miejsca do opatrunku z powodu jątrzenia rany, ponieważ w dłoni znajdował się kawałek odłamka pocisku moździerzowego [...]

W 1918 r. Edward Chałupa trafił do niewoli włoskiej, ale o tym napiszemy w nastepnym odcinku.

czwartek, 15 stycznia 2009

    Poniżej na zdjęciu z 1947 roku przedstawiony jest bratanek Edwarda Chałupy, Henryk.

henryk

[Zdjęcie ze zbiorów Stanisława i Jadwigi Ferenzów]

Henrykowi udało się przeżyć rzeź wołyńską. O losie swojego brata Ferdynanda, ojca Henryka, pisze Edward Chałupa w pamiętniku:

I tak w kolejności, najstarszy syn, Ferdynand Chałupa, urodzony w Nowosielicy 29 września 1884 r.[...]mając czworo dzieci: Izydora, Henryka, Marię i zamężną córkę, został zamordowany wraz z cała rodziną przez drapieżnych rezunów ukraińskich, za wyjątkiem syna Izydora, który padł na froncie w armii ZSRR oraz syna Henryka, który znajduje się obecnie w Polsce [...].

W jaki sposób Henrykowi udało się przeżyć? W czasie, kiedy rozegrała się tragedia, był w pracy na nocnej zmianie (pracował w kopalni). Po powrocie do domu nad ranem zastał już tylko zgliszcza. W ciągu kilku godzin stracił prawie wszystkich najbliższych.

wtorek, 13 stycznia 2009

    Na zdjęciach z 1938 (najprawdopodobniej) roku wyglądają zupełnie zwyczajnie. Bo i życie było zwyczajne. Codziennie te same obowiązki, ten sam rytm. Czy domyślali się, co ich czeka za rok? Czy spodziewali się, że większość z nich przeżyje tylko do 1944 roku? Z pewnością nie. Czy żyje ktoś jeszcze z osób przedstawionych na zdjęciach? Raczej nie. Jeśli jednak, miałby dzisiaj około 85-87 lat.

1938

[Zdjęcie ze zbiorów J. i S. Ferenzów]

    Okupację z pewnością przeżyła Helena Chałupa, córka Edwarda, siedząca w mundurku pierwsza z lewej. Z jakiej okazji to zdjęcie? Może zakończenie roku szkolnego i początek wakacji? A może nie? Jedno jest pewne: do tej samej klasy razem nie chodzili. Na pierwszy rzut oka widać, że są w różnym wieku.

komunia

[Zdjęcie ze zbiorów J. i S. Ferenzów]

    Zdjęcie zamieszczone powyżej zrobiono prawdopodobnie również w 1938 roku. Pierwsza Komunia dzieci z Nowosielicy. Klęczący chłopiec pierwszy po prawej to Zbigniew Chałupa. Gdybyśmy powiedzieli małemu Zbysiowi, że od tej chwili zostało mu tylko sześć lat życia, popukałby się w głowę, uśmiałby się setnie razem z kolegami (może zarobilibyśmy jakimś pomidorem?) i wrócił do swoich zwykłych zajęć.

    Czy którekolwiek z dzieci zapamiętanych na tym zdjęciu przeżyło rzeź na Kresach w 1944 roku? Jeśli tak, jakie były ich dalsze losy? Zbyś szczęścia nie miał.

poniedziałek, 12 stycznia 2009

    Edward Chałupa (ojciec współautorki tego bloga) we własnej osobie podczas służby patrolowej w Kołomyi (dzisiejsza Ukraina) w latach 20-tych XX wieku. Kim jest drugi mężczyzna na zdjęciu i jakie były jego losy? Nie wiadomo.

kolomyja

[Zdjęcie ze zbioru J. i S. Ferenzów]

    Na zdjęciu poniżej Edward Chałupa z rodziną. Fotografię wykonano najprawdopodobniej tuż przed wybuchem II wojny światowej. Jego żona Maria (ur. w 1906 r.) oraz dzieci Zbigniew i Zofia zostali zamordowani przez jednostki UPA w 1944 roku. Córka Helena ocalała właściwie przypadkiem i przeżyła lata okupacji.

chalupowie

[Zdjęcie ze zbiorów J. i S. Ferenzów]

 

Oto, jak to tragiczne wydarzenie wspomina Edward Chałupa:

W roku 1944 ja, będąc na wojnie w wojsku polskim, a tem samem nie obecny, rodzina moja, to jest żona - lat 38, syn - lat 14, oraz córka - lat 10, w dzień zaduszny z 1 na 2 listopada w nocy zostali zamordowani przez rezunów ukraińskich, ten sam los miał spotkać moją najstarszą córkę, tylko dzięki sąsiadce, która zaprosiła córkę do towarzystwa pojechania na zaduszki do miasta Śniatynia, na groby swych rodziców, dzięki czemu uniknęła śmierci z drapieżnych rąk rezunów ukraińskich, dom, inwentarz żywy i martwy, meble, odzież, słowem, co tylko dało się zabrać, wszystko zrabowali rezuny ukraińskie, jedyny raz po morderstwie córka odwiedziła dom rodzinny w Nowosielicy, pow. Śniatyń, w asystencji wojska, po czem zamieszkała w Zabłotowie, pod opieką wyżej wspomnianej krewniaczki, a następnie w kwietniu 1945 r., jako Polka, w drodze repatriacji, wraz z krewniaczką wyjechała na zachód Polski osiedlając się w Miliczu, a co się stało w dalszym ciągu z wymordowaną rodzina nie wiadomo.
 
1 , 2 , 3